Od momentu, kiedy zostałem nadzwyczajnym szafarzem Komunii świętej cały czas towarzyszy mi uczucie wyjątkowej łaski otrzymanej od Boga oraz uczucie, że w żadnej mierze nie jestem tego godzien. Aby zrozumieć tę wyjątkowość, muszę odnieść się w swoim świadectwie do mojego życia.

Moi rodzice już nie żyją i nie wypada mi mówić o nich źle, tym bardziej, że starali się wychować mnie na przyzwoitego człowieka. Niestety popełnili jeden zasadniczy błąd w moim wychowaniu pozwalając mi odejść od Kościoła w wieku kilkunastu lat. I tak, kiedy moi rówieśnicy przystępowali do sakramentu bierzmowania, ja byłem już na poły agnostykiem. Uważałem, że tzw. "humanizm" jest wystarczającą alternatywą na życie i że nie trzeba wierzyć w Boga, aby być dobrym człowiekiem. Cóż ja wtedy mogłem wiedzieć o szatanie i o tym, że kiedy ucieka się od Boga, to wpada się w jego ręce. Nie znałem ani Boga Sprawiedliwego, ani Boga Miłosiernego. Bałem się Go, bo kojarzył mi się z mrocznymi zakamarkami naszego 300-letniego kościoła. Tak jakby Bóg czekał tylko na to, aby mnie gdzieś tam w kącie ucapić i krzyknąć w twarz: "Ja ci pokażę grzeszniku!"

Moja "przyzwoitość" oczywiście nie wytrzymała próby czasu, bo tam gdzie nie ma Boga i Dekalogu, tam w najlepszym wypadku zaczyna się relatywizm moralny. A więc żyłem sobie tak z tym relatywizmem moralnym omijając Kościół szerokim łukiem. Po drodze był sakrament małżeństwa, dzieci, które chrzciliśmy, a nawet fizyczna obecność na Mszach niedzielnych. Zawdzięczam to swojej żonie, która jest gorliwą katoliczką.

Pamiętam szczególnie jedno Boże Narodzenie. Siedzimy w ławkach i nagle wszyscy wstają podążając w kierunku ołtarza, aby przystąpić do Komunii. Z tyłu zostałem tylko ja i może jeszcze z dwie osoby. Wtedy rozpłakałem się czując w swoim sercu niesamowitą pustkę. Zrozumiałem, że brakuje mi czegoś bardzo istotnego. Powiedziałem w duchu: "Panie, też tak chcę. Pomóż mi!" Od tamtej pory Bóg - w którym zakochałem się po pewnym czasie, prowadzi mnie po ścieżkach wiary tak aby ta wiara była coraz pełniejsza. Nie szczędzi mi również doświadczeń, tak jakby sprawdzając na ile w tej wierze okrzepłem. A więc mam i swoje radości i swoje "ciemne doliny". Po tych wszystkich doświadczeniach mam jednak niezachwianą pewność, że Bóg nie gorszy się żadnym grzesznikiem. On nie szuka świętych. On popycha nas ku świętości poprzez różne zdarzenia w naszym życiu. Odwrotnie niż ludzie. Paradoksem jest, że pierwszą osobą, która odrzuciła moją posługę była moja żona, która nie może pogodzić się ze zmianami, jakie postępują w Kościele Katolickim. W ostatnim okresie spotkało mnie też mnóstwo porażek osobistych i od czasu do czasu słyszę taki głos dochodzący z tyłu: "Po co ci to było? Nie mogłeś zostać w ostatniej ławce kościoła? Też byś zaliczył test z wiary." Na szczęście ciągle też słyszę głos, który kierował do nas Jan Paweł II: "Nie lękajcie się. Nie lękajcie się otworzyć drzwi Chrystusowi".

Niech puentą mojego świadectwa będzie następujące zdarzenie: 21 grudnia wracam z naszych rekolekcji. 22 grudnia poranna Msza jest za dusze moich rodziców. Wchodzę do zakrystii aby się przywitać. Ksiądz widząc mnie mówi: "Dobrze, że pan jest, bo jestem chory, pomoże mi pan w rozdawaniu Komunii". A ja na to: "Nie mam alby, została w domu". Proszę wziąć albę ks. Proboszcza - podpowiada siostra zakrystianka. A więc jest Msza za moich rodziców, ja jestem przy ołtarzu i rozdaję Komunię. Czy kiedykolwiek w najśmielszych marzeniach mogłem liczyć na taką łaskę? Jedno koło zamknięte. Jeszcze parę zostało. Najważniejsze jednak jest - i to jest moim pragnieniem - aby zawsze, to Jezus przynosił sens mojemu życiu i aby w tym życiu ON wyznaczał priorytety. Amen.

Ryszard